Hmmm...Od czego by tu zacząć?
Może od tego, że dekorowanie sali w piątek przed weselem skończyło się dobrze po północy, w związku z czym nie miałam żadnych problemów z zaśnięciem - tylko przyłożyłam głowę do poduszki i zapadłam w głęboki sen...
Z którego brutalnie wyrwał mnie dźwięk budzika o 7 rano

Wyprawiłam W. szybko na salę dopiąć kilka drobiazgów a sama zaczęłam prasować suknię,
bo doszłam do wniosku, że jakaś pognieciona jest

Następnie obdzwoniłam znajomych i upewniłam się, że ilość samochodów wśród nich jest wystarczająca aby zabrać tych niezmotoryzowanych gości spod kościoła na salę.
W międzyczasie wrócił W. a zaraz po nim przyjechał świadek z autkiem, którym mieliśmy jechać do ślubu.
I zaczęliśmy czekać na świadkową, która zadeklarowała pomoc przy dekoracji ww. auta.
Miała być na 10, a pojawiła się tuż przed 12

Ale aby nie napinać i tak napiętej atmosfery pozostałam kwiatem lotosu i zostawiłam ją samą z owym zadaniem, a sama z W. pojechałam na szybkie zakupy: spinki z allegro nie dotarły od 31.08. i pojechaliśmy nabyć jakieś inne, poza tym W. ciągle nie miał krawata

na domiar złego nad Olsztynem od rana gromadziły się chmury i uparłam się nabyć jakąś wielgachną parasolkę na wypadek ulewy.
Wróciliśmy 12:40, a ja na 13 miałam być u fryzjerki...
A musiałam jeszcze wziąć prysznic żeby później moich uczesanych włosów nie narażać na kontakt z wilgocią

Także jak wynurzyłam się spod prysznica i stwierdziłam, że nie zdążę, to wykonałam szybki telefon do fryzjerki że się spóźnię 15 min. całe szczęście nie był to dla niej żaden problem, bo nikogo po mnie nie miała zapisanego.
Fryzjerka, mimo iż nie zrobiła mi prostego koczka o którym wcześniej myślałam, to spisała się na piątkę, bo fryzurka bardzo mi się spodobała. W międzyczasie dołączył do mnie mój kolega-fotograf i popstrykał mi trochę fotek

potem szybko pojechaliśmy do kwiaciarni odebrać wiązanki i migusiem do domu, bo kosmetyczka miała do mnie przyjść na 15.
Koło 16 byłam już w zasadzie gotowa i zaczynałam się naprawdę uspokajać.
Pokręciliśmy się jeszcze trochę po mieszkaniu i nie wiadomo kiedy minęła godzina i trzeba było wychodzić do kościoła.
Już przed mszą się okropnie wzruszyłam jak zobaczyłam ilu ludzi przyszło…
A sama msza chyba przejdzie do historii najbardziej komediowych ślubów w obu rodzinach

Ksiądz młody i śmieszny na samym początku wręczył mi mikrofon i spytał czym jest miłość.
Nawet nie pamiętam co mu odpowiedziałam taka byłam zestresowana.
Później zadawał nam już mniej poważne pytania, atmosfera zrobiła się bardzo przyjemna i ogólnie bardzo wesoło sobie porozmawialiśmy. Wszyscy byli zdziwieni że nie wiedzieliśmy wcześniej o tak nietypowym przebiegu ślubu, ale to chyba świadczy o tym, że całkiem nieźle improwizowaliśmy

Ja byłam tak rozemocjonowana, że płakałam, śmiałam się i płakałam ze śmiechu na zmianę!
Całe szczęście makijaż to wszystko dzielnie wytrzymał

Po ślubie życzenia życzenia i życzenia! Naprawdę wzruszające!
A później przejazd na salę, obiad, pierwszy taniec i impreza potoczyła się już swoim rytmem.
Wydaje mi się, że wszystko się udało bez większych potknięć i mogę zostać teraz ekspertką od organizacji ślubów i wesel

Zdjęć od Jacka N. mam na razie tylko 5, oto one: