
:crying:Tydzien minal, a relacji jak nie bylo, tak nie ma. Pora wiec nadrobic to zaniedbanie.
Przed sobotą byl piątek (ale odkrywcza myśl:D ), w sumie prawie caly bardzo spokojny. Do poludnia lenistwo, na popoludnie zaplanowalam tylko wizytę u kosmetyczki i zawiezienie rzeczy na miejsce wesela (to drugie juz z P.) Wizyta u pani kosmetyczki przebiegla planowo, ale po wyjsciu dowiedzialam sie, ze druga czesc planu sie sypie, bo do moich rodziców zadzwonil P. że ma problem z samochodem. Dzwonie więc do P. z jakim samochodem (naszym czy slubnym) a on i mówi, że z jednym i drugim

W naszym "poszły" hamulce, a w slubnym jakaś linka od kierownicy. Oba są w naprawie, ale nie wiadomo, czy uda sie naprawić

Zrobilo sie male zamieszanie w zwiazku z tym, ale na szczeście udało się upchać wszystko do samochodu rodziców i z tatą pojechaliśmy do hotelu.
I tam taki pierwszy fajny moment: wchodze na sale, przytlumione swiatło, kwiaty na stolach i przystojny kelner przecierajacy kieliszki - wygladalo to super i pomyslałam sobie "ale ladnie"

(wczesniej widzialam sale tylko "na surowo" i taka gotowa robila naprawde fajne wrazenie). No ale nie bylo zbyt dużo czasu na rozmarzenie sie.
Szybko wyladowalismy wszystko, dogadalismy ostatnie szczegóły i powrót w ulewnym deszczu do domu. Byla już 9 wieczór, kręta górska droga i ciemno dookoła. Wyobraziłam sobie, jak bedzie jechał P. i zaczęłam łapać stresa (po drodze minęliśmy samochód leżący w rowie, co stresa pogłębiło). P. do hotelu dotarł dopiero o pierwszej w nocy, co skończyło sie tym, że ja do tej godziny zasnąć nie mogłam. Dobra wiadomość była taka, że oba samochody naprawione i mamy czym jechać do ślubu.
No i nadeszła sobota...
Pierwsza moja myśl tego dnia? "pierniczę, nie wstaję" Budzik nastawiony był na 8 (o 9 miałam fryzjera), a ja byłam cholernie niewyspana. Druga myśl? "o ranyyy, ale leje!!" Niebo zasnute szaroburymi chmurami i sciana wody, brrr. Ale zebrałam sie w sobie, rodzinka mnie pogoniła i pojechałam do fryzjerki. A tam kicha, babka mówi mi, że moja "luźna" fryzura nie wytrzyma tego deszczu i co robimy? Ja mówie, ze trudno, ale nie bede eksperymentować i chce to, co było w planie. Nawaliła mi więc tonę lakieru, milion wsuwek i niby mocniej pospinała, co oczywiście niewiele dało. Potem oczekiwanie na makijaż. Laska przede mna się spóźniła, wiec miałam makijaż w ratach, ale i tak z salonu wyszłam przed pierwszą. Spedziłam miło czas na rozmowach z babkami i ich pocieszaniu, że ta ulewa nie jest taka zła

oraz przeglądaniu plotkarskich magazynów, a w domu w tym czasie był zamęt i panika (gdzie jest panna młoda???). Ale za to jak wychodziłam z salonu przestawało juz padać...
W drodze do domu "spotkaliśmy" nasz samochód ślubny i mialam okazje zobaczyć go pierwszy raz. Spodobał mi sie. Dotarłam wiec razem z panem młodym, wchodzimy... i się zaczęło

Moja mama biegająca dookoła i pytająca "co tak dlugo", "gdzie byłaś" itp. Witanie sie z przybyłymi do domu gośćmi, robienie kaw, herbat, kanapek. Do tego brat pana młodego chodzący krok w krok za mną i radzący mi, żebym się rozluźniła i walneła sobie kielicha

Na szczęście P. i fotograf zachowali przytomność umysłu wiec miałam z kim pogadać i pożartować. Potem ubieranie się i przybycie następnych gości. Postanowiliśmy, że nie będzie typowego błogosławieństwa, daliśmy rodzicom kwiaty (miał być jeszcze prezent, ale P. zostawił w hotelu). Były życzenia, buzi buzi, wychodzenie z domu, brama zrobiona przez sąsiadów (bardzo miłe to było, obyło się bez wiochy).
I tutaj najwieksza niespodzianka: w czasie 1.5 godziny, kiedy bylo najwieksze zamieszanie w domu, wszystkie chmury znikneły i wygodząc z domu mieliśmy piekną pogodę, slonce i delikatne obłoczki na niebie. Sama w to nie mogłam uwierzyć

W kościele poszliśmy do księdza, okazalo sie, ze slubu bedzie dawał taki fajny mlody, swiadkowie podpisali dokumenty, pozartowalismy troche i okazalo się, ze jest juz za pieć trzecia...
Podeszlismy wiec pod wejście główne, pomachaliśmy do spóźnionych gości, ktorzy dopiero podjechali, zajrzałam do kościoła, podszedł do nas ksiadz, zaczeły grac skrzypce i pora zaczynać.... Wchodząc do kościoła patrzyliśmy po ludziach i dostaliśmy lekkiej glupawki, jak zobaczylismy te wycelowane w nas aparaty wiec glupio sie chichraliśmy. Potem przywitanie, siadamy i znowu dostałam glupawki: ubzdurałam sobie, że jak sie oprę o krzesło to pęknie mi zamek w sukni

Siedziałam więc sztywna jak kij i przy kazdym oddechu myslam, czy czasem nie slychac pękających nici

Msza bardzo szyko nam mineła, czytał mój wujek, spiewał brat, potem kazanie (z małym zgrzytem, ale to nic) i zaslubiny. Moment bardzo fajny, balam sie, ze bedzie mi sie chcialo plakac ze wzruszenia, a bylo zupelnie inaczej, mowilam prawie się smiejąc. P. miał lekkiego stresa, ze sie pomyli i jak widzialam w jego oczach, jak probuje wszystko zapamietac, to jeszcze bardziej smiac mi sie chcialo. Potem obrączki i juz mozemy wracac

Potem dalszy ciag mszy, rowniez bardzo szybko i koniec...
Z kościoła podobno wyrwaliśmy, nic nie pamietam z tego, ale goście się poźniej smiali. Potem życzenia, okazało sie, że parę osób nie przyjechalo, ale szczerze mówiąc tego dnia nic ze smutnych rzeczy mnie nie interesowało.
Potem jazda ok 30 km na salę, goście trabili prawie cała drogę i na szczeście nikt się nie zgubił (tego się najbardziej bałam).
Po przyjeżdzie na salę wyszło małe zamieszanie, goście zamiast czekać na nas na sali czekali na zewnątrz, w efekcie czego zapomieliśmy o powitaniu chlebem i solą

Potem pierwsze sto lat, szampan, brawa i pora na obiad. I tutaj lekka konsternacja wsród gości: zespół do obiadu grał walce wiedeńskie i wszyscy sie wystraszyli, ze to samo bedzie grane podczas wesela i jak oni bedą do tego czegoś tańczyli

Obiad chyba dobry, ale sami niewiele zjedliśmy.
Pierwszy taniec - stres, bo wogole nie ćwiczyliśmy, postanowiliśmy się więc przebujać. W trakcie tego bujanka spadł mi ostatecznie welon (pierwszy raz odczepił się już przed kościołem). A potem zabawa na całego

Zespół grał super, momentami nie było miejsca na parkiecie i przede wszytkim nie bylo typowo weselnych przebojów, ale takie evergreeny do tańczenia. Jedzenie nie wiem jakie było, bo niewiele jadłam, ale jeżeli wierzyć rodzince to super. Oczepiny mieliśmy dosyć mocno skrócone, było sporo śmiechu. Szczerze mówiąc z samego wesela niewiele pamietam

Pamietam tylko, ze powiedziałam do P. na końcu, że fajnie sie bawiłam na własnym weselu

Następnego dnia było śniadanie, potem plener i poprawiny. I tutaj zdziwienie, bo myślałam, że bedzie niewiele osób, a przyszli prawie wszyscy. To było bardzo fajne.
Generalnie jestem zadowolona, organizowanie wszystkiego z daleka nie jest łatwe, ale myślę, że daliśmy radę. Było parę niedociągnięć, o kilku rzeczach zapomnieliśmy, ale jakoś tego dnia nie bylo to ważne
